Muzyka Podwyższonego Ryzyka

Muzyka Podwyższonego Ryzyka: Festiwal, którego nie było

2016-11-30 11:06:11


Pod koniec 20 wieku, czyli w 1999 roku, Żary wyraźnie zasmęciły rozmowami swoich radnych. Ni stąd, ni zowąd, jak to bywa, kiedy coś fajnie idzie, zaczęły się dąsy. Pamiętam, jak spotkaliśmy się na specjalnej sesji rady miasta i zaczęły sączyć się jakieś przesmutne opowieści, że my, jako Fundacja powinniśmy bardzo mocno partycypować w tym festiwalu od strony… finansowej.

 

Przedziwna koncepcja, bo przecież przyjeżdżaliśmy z całą masą artystów, gotowej infrastruktury - wszystkiego, co tworzy wielki ogromny festiwal i jeszcze sprowadzaliśmy wielosettysięczną publiczność, a tu nagle aktywista radny wysuwa bardzo bardzo z pogranicza fantazji myśl, że w takim razie powinniśmy jeszcze za to wszystko zapłacić. Nie ukrywam, ze trzepnęło to nami porządnie, bo przecież rozumowaliśmy wręcz odwrotnie. Pragnęliśmy, aby miasto stało się bardziej konstruktywne i co roku zaproponowało jakiś niewielki wsad, który po wielu latach mógłby stworzyć to, co każdemu festiwalowi jest najbardziej potrzebne – możliwość realizowania swoich bardzo ambitnych zamierzeń. Nic z tych rzeczy. Rozmowy zamieniają się już w dykteryjki. Wstaje jakiś koleżanka i poważnie mówi, ze na Woodstocku jest za mało poezji - „Rany boskie, dla mnie cały ten festiwal jest jedną wielką poezją„ i że bulwersującym jest zobaczyć gołe damskie piersi.


Na co inni radni bardzo ożywieni dopytują się gdzie te piersi, bo im się takich rzeczy zobaczyć nie udało. W to wszystko jeszcze wkraczają ekipy pilnujące moralności chrześcijańskiej  protestem do, jak to oni stwierdzili „dyskredytowania przystanku Jezus”. Próbuję tłumaczyć jak mogę, zwłaszcza że ta ‘impreza’ pojawiła się na naszym festiwalu bez zapowiedzi, bez jakichkolwiek ustaleń, ni stąd ni zowąd, a wręcz bym powiedział prowokująco z wielkim hukiem i konferencjami prasowymi, na których dowiedzieliśmy się, ze właśnie powstało coś takiego, jak Przystanek Jezus.


Widać, ze przepychanka zaczyna tkwić w jednym miejscu, że coś w tym miejscu się wypaliło, i że Ci, którzy narzekają na Przystanek tak naprawdę plotą od rzeczy, a Ci, którzy nic do Przystanku nie mają, także nie zabierają głosu, są wycofani, tak jakby im na niczym nie zależało. No to zebraliśmy się w sobie i zaczęliśmy szukać nowego miejsca. Tym nowym miejscem i to bardzo szybko okazał się Lębork.

 

 

 Fot. Paweł Wądołowski 


Specjalna ekipa z miasta odwiedziła nas w osobie jeśli nie burmistrza - już nie pamiętam, to na pewno kilku ważnych radnych. Moi drodzy – niemal, że ryknęli. Nie ma lepszego miejsca. Będziecie się tam czuli super. Jest fantastyczne pole, blisko stacja kolejowa, no i Lębork – przemiłe miasto, które czeka na Was. Pomknęliśmy na miejsce. Najpierw minęliśmy ogromne silosy czegoś tam, a potem przez gąszcz niedużego zalesienia trafiliśmy na ogromną polanę. Po latach mogę tylko stwierdzić, ze bardzo to przypominało Kostrzyn i teraz można sobie zdać sprawę z tego, że gdyby w tym miejscu festiwal się odbył i został, byłoby to istotnie piękne i super miejsce na Przystanek Woodstock. Ale tak się nie stało.


Nasze spotkanie miało miejsce w urzędzie. O ile pamiętam, była młodzież, my i wizja Przystanku Woodstock. Gospodarze są skłonni niemal przesunąć tory, dociągnąć kanalizację, wyrównać, zasypać, przyciąć. Czuje się, że bardzo bardzo chcą nas do siebie zaprosić. Po powrocie do Warszawy okazuje się, ze nie jest tak prosto, jak to na początku przedstawiano. Otóż zwołał się „komitet” do spraw obrony , moralności, wartości i polskości. Komitet , który walczy z narkomanią, golizną, szatanem wcielonym, narysowanym, namalowanym, wymyślonym, generalnie: stop festiwalowi.

 

 Fot. Paweł Wądołowski 


Ponieważ media nadały temu hura spory rozgłos, no to my też mocno się nad problemem pochyliliśmy. Komitet okazuje się trzyosobowy, na czele z panią, chyba, nauczycielką. Dzisiaj nie jestem w stanie nic więcej na jej temat powiedzieć, jak to bywa w takich przypadkach oprócz tego, że doprowadziła do tego, że festiwal się w Lęborku nie odbył. Chyba nie ma żadnych innych życiowych osiągnięć, ale może się mylę.


Po niechęci części radnych w Żarach mieliśmy już dosyć użerania, więc postanowiliśmy po prostu wycofać się z organizacji festiwalu. Według starej zasady, zrób dwa kroki do tyłu, aby potem zrobić 4 do przodu. Dużo nam to dało i wiele nauczyło. Dzisiaj z tak błahego powodu festiwalu byśmy nie odwołali, ale wtedy nie chcieliśmy się boksować i nie chcieliśmy wyciągać jakichkolwiek bestii na powierzchnię. To odwołanie festiwalu naprawdę ustawiło Przystanek Woodstock w pozycji do dzisiaj niezmienionej. Wiemy, co robimy, wiemy dla kogo robimy, wiemy, gdzie mamy fanów i ile możemy z tego czerpać radości. Ale wtedy odwołany festiwal zakomunikowaliśmy, dziękując za słowa wsparcia, ale także mówiąc wyraźnie, że nie chcemy robić imprezy, która będzie powodem do jakichkolwiek awantur.

 

Okazało się, że jednak kilka tysięcy osób spontanicznie pojechało na festiwal i na polach Lęborka stworzyli historyczne zjawisko wpisania Przystanku Woodstock do ustalonej po dzień dzisiejszy kolejności festiwali. Po prostu go zaliczyliśmy.

 

 Fot. Paweł Wądołowski 

 

Ale jedna rzecz, która się wydarzyła przy okazji, wprowadziła trochę kolorowego zamętu i chwilowego napięcia. Otóż, prowadząc wtedy audycję w Jedynce, nagrałem na taśmie swój piątkowy magazyn w takiej formie, jakbym otwierał festiwal i prowadził z niego transmisję. Audycje miałem o 17:00, wiec czasowo się zgadzało. Wykorzystując nagrania z publicznością z  poprzedniego roku, prowadziłem narrację trochę sam ze sobą, czyli składając relację z tego, co się dzieje na scenie. Osoby z komitetu były bohaterami pozytywnymi, czyli przemawiały ze sceny, przepraszały za swoje zachowanie. Muzyka, oklaski, mój głos reporterski, który w to wszystko wchodził. Zanim audycja się skończyła, do naszego biura Fundacji na Madalińskiego doleciało od groma wkurwionych na maksa ludzi. Uwierzyli. Czyli jest festiwal? Oszuści, oszuści. Dziewczyna, która odbierała telefony, cierpliwie tłumaczyła: Wysłuchajcie do końca proszę. O żesz wasza…


Końcówka była bardzo krótka: Tak mogło być. Tymi słowami  zakończyłem audycję przepraszając, że w 2000 roku festiwalu nie było. Rok później na scenie festiwalu nomen omen znowu w Żarach. Radni miasta wręczyli mi statuetkę lwa, czyli herbu Lęborka z podziękowaniami na nieobrażanie się na ich miasto i w całej tej sytuacji przekazanie tylko dobrych i gorących słów.


Bo to jest jak ze znaczkiem poczty polskiej – nie mamy focha i nie obrażamy się.

(Jurek Owsiak) 

 

Posłuchaj audycji Jurka Owsiaka z "rozpoczęcia" festiwalu w Lęborku 

Przeczytaj pozostałe opowieści z cyklu Muzyka Podwyższonego Ryzyka

 

 Fot. Paweł Wądołowski 

 

POKAŻ PODOBNE
ZOBACZ TEŻ