Muzyka Podwyższonego Ryzyka

Muzyka Podwyższonego Ryzyka: Pierwsze Płyty

2016-10-14 22:18:49

 

Pierwsze woodstockowe CD ukazały się  w 1996 roku i to od razu trzy w jednym opakowaniu. Do tego dochodziły jeszcze trzy kasety magnetofonowe. Boże! Kto pamięta jeszcze takie nośniki? Wtedy z rynku kompletnie wyparto winyle, ale każdy samochód miał tak zwany kaseciak. Dzisiaj odwrotnie – cieszy nas powrót do płyty analogowej,  a kaseta po prostu nie miałaby już nigdzie szans odtworzenia. Jest też coraz większy kłopot z „cdkami”, bo najnowsze samochody  po prostu je kompletnie pominęły. Dla mnie to absolutna „bandyterka”. 

 

Wracając do 1996 roku, druga edycja Przystanku Woodstock odbyła się  w Szczecinie Dąbiu na terenie lotniska Aeroklubu Szczecińskiego. Był to kompletnie nieprzygotowany teren zarośnięty trawą po pachy. Jedyne co nas przekonało do miejsca, to jego rozległość, ujęcie wody i trafo elektryczne. Naszym zapleczem były 4 pokoje w koszmarnym baraku, który po czasach komuny został przemianowany na jakieś prywatne biznesy. Generalnie śmierdziało szczyną. Za to festiwal, który ruszył w strugach deszczu, już bardzo wyraźnie pokazał swoją serdeczność i typowy po dzień dzisiejszy rozpoznawalny klimat. Jak zwykle, nie chciałem nic z tego stracić muzycznie, tym bardziej, ze prowadziłem cotygodniową audycję w Programie III Polskiego Radia – Magazyn Brum. Wiedziałem, że jest gdzie tę muzę puszczać. Muzykę rejestrowaliśmy w systemie „data”, czyli sumy zbieranej na coś na kształt kaset magnetofonowych, tylko w pierwszych cyfrowych rejestracjach.  Aż dziw, ze po dzień dzisiejszy puszczane od czasu do czasu utwory z tej płyty jakoś wytrzymują próbę czasu. Wszystko rejestrował mój kumpel z Trójki Rafał Grzebalski i po przesłuchaniu materiału uznałem, ze wartym jest, aby komuś to zaproponować. Tym kimś o dziwo wtedy były... Polskie Nagrania. Firma cierpiała na ogromny niedowład organizacyjny czasów wielkiej transformacji i przemian gospodarczych. Jej siedziba znajdowała się na Ursynowie, gdzieś pośród ursynowskiego blokowiska i istotnie wyglądało to bardzo „upadle”. Dla mnie to bez znaczenia, ponieważ zależało mi, aby gdzieś ta rejestracja ukazała się. Przekonaliśmy ówczesne szefostwo, wybraliśmy numery, które przemiła Pani z polskich nagrań zmiksowała, a bardziej poukładała ten dźwiękowy bałagan do kupy na taśmy, które były wyjściem do produkcji. Chyba się męczyła bardzo, bo ta muzyka to kompletnie nie jej bajka. Na wydawnictwie znaleźli się między innymi Quo Vadis, Bogusław Wyderka, Olej (to artysta, ale nie ten z Proletaryatu), Tuff Enuff,  Jak Wolność To Wolność, Ahimsa, Ankh, Farben Lehre, Orkiestra na Zdrowie, Houk, Urszula, Sexbomba, Obstawa Prezydenta czy Trebunie Tutki. To tylko część artystów, którzy złożyli się na treść płyt i kaset. Pani słusznie wyłapywała wszystkie fałsze, nierówności, muzyczne brudy i muzyczne niechlujności. Ja przekonywałem, ze te brudy i niechlujności to styl rock’n’rolla, a z fałszowaniem nie dyskutowałem i staraliśmy się znaleźć lepsze nagranie.

 

Kiedy materiał posklejaliśmy, przyszedł czas na projekt okładki. Tu wpadliśmy na chytry pomysł – wydamy każdą płytę w małej kieszonce, a wszystkie 3 płyty włożymy do prawdziwej jeansowej kieszeni. Grafik, który miał wykonać projekt, w tyle płyty użył mojego rysunku, który sobie gdzieś na brudno zrobiłem. Przy froncie siedzieliśmy razem i ja zachwycony możliwościami komputera i efektami, jakie czynił, przyjąłem jego propozycję i muszę powiedzieć, ze do dnia dzisiejszego nic mnie w tym nie boli. I przyszedł moment najtrudniejszy, czyli znalezienie jeansowego producenta. Pierwsze co zrobiliśmy, to poszliśmy do firmy Elpo w Szczecinie. Był to od lat jeszcze głębokiej komuny producent polskiego jeansu. Oczywiście jeans był podły nad wyraz, nie przecierał się, był bury – no taka, Polo Cockta. Ale przyszły nowe czasy i jeans zaczął być jeansem. Niestety, ekipa z marketingu nie chwyciła pomysłu i nie dała się namówić na zasponsorowanie kieszeni. Wtedy zapukaliśmy do twórcy spodni jeansowych , czyli do firmy Levis. Ci bez chwili wahania klepnęli projekt. Powstała bardzo zawadiacka, inna od wszystkiego „okładka”, a bardziej opakowanie woodstockowych płyt. Wszyscy, którzy ją trzymali w ręku wyrażali same dobre opinie. Niestety gorzej poszło nam w sklepie. Sprzedawcy pokrótce nam to wyjaśnili – tego nie ma jak postawić, tego nie ma jak wyeksponować - to po prostu był kaprys, a takie kaprysy słabo się sprzedają. Istotnie sprzedaż nie była rewelacyjna. Być może sama dystrybucja Polskich Nagrań nie była czymś fantastycznym. Jedyna korzyść z całej produkcji była taka, że kiedy nakład bardziej był w magazynie, niż u nabywców płyty, odkupiliśmy ją od firmy za przysłowiową garść śliwek, a wtedy spełniła ona super rolę promocyjną i marketingową Przystanku Woodstock. Stała się świetnym gadżetem.

 

W przypadku kaset wszystko poszło po bożemu, bo jak inaczej potraktować plastikowe pudełko. Kiedy kasety także okazały się wartością magazynową, wpadliśmy na pomysł, aby je wszystkie obanderolować i rzucić na to specjalny tekst, ze to ostatnie takie kasety z muzyka podszyta woodstockowym wiatrem. I rozeszły się wszystkie. Dzisiaj muzycznie całe wydawnictwo oceniłbym na trójkę z lekkim plusem, ale na pewno przyznałbym 5 gwiazdek za odwagę, determinację i konsekwentne myślenie, że tak wielka sztuka wymaga udokumentowania. Ten sposób myślenia sprawdził się po latach  w postaci kilkuset tysięcy płyt, które w ciągu dwóch dekad rozeszły się  wśród fanów przystanku Woodstock. Zwłaszcza ostatnio wydawane płyty i powrót do płyt analogowych to absolutny majstersztyk dźwiękowy, obrazkowy i przede wszystkim artystyczny. Dlatego, kiedy tworzycie sztukę, warto wszystko rejestrować -  zwłaszcza dzisiaj, kiedy te rejestracje maja wysokie standardy i jest do nich ogólny dostęp.

 

Zobacz wszystkie woodstockowe płyty!

Przeczytaj pozostałe opowieści z cyklu Muzyka Podwyższonego Ryzyka 

 

POKAŻ PODOBNE
ZOBACZ TEŻ