Muzyka Podwyższonego Ryzyka

Muzyka Podwyższonego Ryzyka - Sylwester

2017-04-30 20:16:38


Opowiem o historii, w której mnóstwo super zbiegów okoliczności stworzyło jedną z piękniejszych historii wspólnych zabaw w zimową noc nowego roku.


Jest 1993 rok, mamy za sobą z Walterem Chełstowskim wspólny koncert na Torwarze, gdzie kołowaliśmy się z kilkutysięczną publicznością muzyczny grudniowy dzień przez blisko 25 godzin. O tym szaleństwie jeszcze opowiem innym razem. Ten koncert wycisnął z nas mnóstwo zdrowia, ale pokazał, że warto pochylać się nad różnymi szalonymi wyzwaniami. Takim wyzwaniem był sylwestrowy wieczór. Tak jak letnia zadyma w środku zimy, która w swoim założeniu miała być i chyba była fantastyczną zabawą fury ludzi, tak marzył mi się karnawał, który byłby powtórką przeżytego na pętli autobusowej pod PKiN sylwestra z początkiem lat 90.

 

Nie wiem jak dzisiaj, ale przez wiele lat mojej młodości na Placu Defilad vis a vis Dworca Centralnego była pętla autobusów nocnych, które tam kończyły i zaczynały swój bieg rozwożąc ludzkość po całej Warszawie. Ponieważ prowadziliśmy wtedy dość ożywione życie prywatkowe, to ta pętla często w soboty była miejscem naszych przesiadek, oczekiwań na autobus i zwłaszcza w te późnonocne soboty, zawiązywania się różnych ciekawych i wesołych znajomości. No bo zdarzały się tam prywatki z całej Warszawy. Każda z nich toczyła bój dalej, a niektóre potrafiły przesiedzieć nawet kilka autobusów, bo na tym przystanku tworzyła się nowa, wesoła prywatka. I tak było pewnej sylwestrowej nocy, kiedy z ekipą wracaliśmy chyba z Jelonek i chcieliśmy dostać się na Mokotów. I niech mi ktoś powie, ze clubbing jest wynalazkiem dzisiejszych czasów. Wtedy klubów nie było, ale ten Jaś Wędrowniczek w narodzie był i lubiliśmy się wtedy wałęsać z mieszkania do mieszkania. Tego Sylwestra pamiętam dobrze, bo spędziliśmy tam chyba ze dwie albo trzy godziny doskonale się bawiąc z coraz większą ilością ludzi. W pewnym momencie była nas tam naprawdę duża gromada. Jechało się nawet z żarciem, wiec wszystko było jak na domowej prywatce. Popijaliśmy, jedliśmy, gadaliśmy.

 

I tak później opowiadając o tym Walterowi jesiennego dnia 1995 roku powiedziałem, że super byłoby to powtórzyć, ale w trochę większym wymiarze, czyli na przykład namówić ludzi, aby wzięli coś do ręki, czyli na przykład talerz ciasta i wzięli cos, żeby to ciasto popić i żeby się spotkać w jakimś fajnym miejscu, gdzie będziemy mogli przywitać nowy rok, uściskać się i po prostu pobyć ze sobą. Pierwsze o czym pomyśleliśmy, to czy ludzie zrobią duży bałagan. Takich spotkań się nie praktykowało i choć nie był to pomysł nowatorski, bo ktoś nam powiedział, że w latach 50 takie spotkania noworoczne warszawiaków były, to jednak szmat czasu zupełnie to wykopał w kosmos i Ci ludzie potrafią na takie zaproszenie zareagować. Zaczęliśmy z Walterem kombinować, ze jak mają przyjść, to ma stać się „coś”. Tym „coś” niech będzie pokaz sztucznych ogni. Super miejsce. Dalej kombinowaliśmy… może Plac Zamkowy? No i teraz trzeba się tylko do tego zabrać, czyli namówić na przykład Telewizję Polską, aby dała namówić się na tę okoliczność. Aha! No i znaleźć na to pieniądze. Pierwsze kroki skierowaliśmy do Dwójki, której szefem był Józef Węgrzyn. Postanowiliśmy go namówić na cała transmisję, pokonaliśmy długi korytarz gmachu na Jana Pawła Woronicza, aby trafić do jego gabinetu. Dyrektor wysłuchał spokojnie i pierwsze o czym powiedział, to… będzie straszny bałagan. Miasto będzie pełne śmieci, szkła i nie zapanujecie nad tym. Ja wtedy tknięty jakąś wizja powiedziałem mu, że jak ludzie rozbierali mur w Berlinie, czyli siedzieli na nim i byli ogromnym wielkim tłumem i każdy miał w ręku szampana, to Berlin nie tonął w bałaganie, nikt o tym nie mówił, nikt o tym nie pisał, a wszyscy pokazywali uśmiechniętych ludzi. Panie Józefie, pytałem, czy nam Polakom nie jest taka radość potrzeba? Zaufajmy sobie, ze firma którą wynajmiemy do sprzątania po prostu to posprząta, że ludzie będą się chcieli bawić, że ludzie nie przyjdą chuliganić i że pokazując to innym pobudzimy ich do wszelkiej pomyślności w nowym roku. Patrzył z niedowierzaniem i kiwał głową. Jedynym przekonującym łącznikiem był Walter Chełstowski, który wcześniej współpracował z Dwójką i którego Węgrzyn znał, a nawet jestem przekonany cenił za jego profesjonalizm. A skąd na to pieniądze? A ja na to, drugi raz tknięty jakąś wizją totalnie niesprecyzowaną, ale wydawało mi się, że realną, powiedziałem, ze firma Pewex za ich logo da na to pieniądze. Uwierzcie mi, kiedy wypowiadałem to słowo, firma Pewex nie miała zielonego o tym pojęcia, a dla wyjaśnienia, to firma, która prowadziła sieć sklepów z towarami pochodzenia zagranicznego, gdzie się kupowało za dolary lub za tak zwane bony czyli wymienniki.

- Rozmawialiście z nimi? Ciągnął dyrektor.

- Pewnie!

- Macie jakieś kwity?

- Nie przy sobie. Są w biurze u Waltera.

- To przywieźcie do naszego działu reklamy, postaramy się to wszystko związać umową

- Wezmę od Was pismo, że będziecie to transmitowali i od razu od nich weźmiemy tez umowę dla Was.

I stała się rzecz niebywała. Wyszliśmy z gmachu Dwójki z pismem dosłownie kilka zdań, w której była przedstawiona intencja telewizji co do transmisji z pokazu sztucznych ogni w sylwestrową noc przy współudziale z firmą Pewex. Wtedy chyba w książce telefonicznej znaleźliśmy adres centrali Pewexu, pojechaliśmy, przedstawiliśmy cały projekt nie jak dziś szefowi do spraw marketingu, tylko chyba jak pamiętam głównej księgowej? No, komuś kto odpowiadał za kasę. Ognie na stare pieniądze kosztowały kilka milionów złotych. Dostaliśmy zapewnienie od księgowej Pewexu i już wiedzieliśmy, że ruszamy z akcją. Po wyjściu z centrali te dwa pisma wreszcie się zazębiły. Już wtedy miałem audycję w Programie 3 - Magazyn Brum i mocno ruszyliśmy do reklamowania przedsięwzięcia. Telewizja tez się mocno zaangażowała i do współprowadzenia wydelegowała Alicję Resich-Modlińską. Wysłaliśmy moc zaproszeń do różnych ludzi. Pamiętam jak przyszedł do nas Czesław Niemen. Głównie byli to artyści, którzy stawili się wszyscy równo. W dzień sztuki w godzinach południowych na pustym Placu Zamkowym zaczęła ustawiać się technika. Walter przytomnie zamówił wysięgnik na ciężarówce Stara, na którym później stanęła kamera, która zdołała wszystko uwiecznić dla telewizji. W momencie, kiedy wysięgnik stawał oddelegowany przez telewizję, reżyser – już nie pamiętam kto, w ogóle na niego nie zwracał uwagi. Za to ustawiał punkty dla operatorów kamer, to tu, to tam wszystkie stały jeśli nie na Placu Zamkowym, czyli na glebie, to na lekkim podwyższeniu. Do ekipy dołączył scenograf, pojęcia nie miałem po co, ale przywieźli kilka albo kilkanaście choinek ozdobionych bombkami i zaczęto je na placu ustawiać. Przez dłuższy czas krążyły po całym Placu Zamkowym, aż wreszcie scenograf ustalił: tak jest dobrze. Potem nadjechał jeszcze jeden wóz, który miał podać dźwięk i to bardzo do telewizji niż na sam plac zamkowy. Ale coś z głośników stanęło i dźwięk telewizyjny miał być także dźwiękiem na zewnątrz. Ustaliłem wcześniej, żeby muza była dziarska i była to Lambada. Była w zbiorach kaset u mojej małej córki i pomyślałem sobie, ze będzie to najlepsza muza na taką zabawę. O godzinie 22:00 wieczór nieśmiało w stronę Placu Zamkowego zaczęli nadchodzić piechurzy. Trochę się przestraszyłem, ze to może tak wyglądać w godzinie szczytu. Znowu tknięty jakimś przeczuciem wszedłem do wozu i zapytałem jak z dźwiękiem i jak z muzą. Dziewczyna, która tam siedziała, powiedziała, ze ma wszystko przygotowane na tip top i puścił mi początek, którym rozpoczniemy całą zabawę. W środku wozu ryknął Polonez grany na trąby i orkiestrę, taki jak na studniowce.

- K***! Co to jest?

- Nooo… uroczyste rozpoczęcie nowego roku.

- Miała być Lambada.

Pani niczym niezmącona: mam jeszcze to i puszcza mi zespół, który po dzień dzisiejszy (nic do niego nie mam) gra na polskich sylwestrach. Zawyłem. Która godzina? 22:20. Słuchaj, mówię – pędzę po Lambadę. Pobiegłem do samochodu, który stał na Podwalu. Rura, Krakowskim Przedmieściem, Karową w dół, Tamką do Czerniakowskiej i w te pędy na Ursynów. Mijałem pustą Warszawę z zapalonymi oknami wielu warszawskich prywatek. Znowu: k***! To był głupi pomysł, tam nie będzie nikogo. To będzie straszna granda. Wpadam do mieszkania, gdzie kaseta? Dzidzia z Olą na Placu Zamkowym. No przecież ta kaseta była wszędzie. Gdzie jest ta kaseta? No przecież jej nie ma nigdzie. Przerzucam, szukam. Debilu, no przecież jest w kaseciaku jest. Pędzę z powrotem. I już na ulicy Tamka widzę coś niepokojącego. Próbuję wjechać ulicą Karową. No i zaczęło się. Przebijam się, przy hotelu Bristol porzucam samochód. Jest 23:30, a w stronę Placu Zamkowego ciągnie lawa ludzi. Razem z nimi daje jak najszybciej w rurę i dosłownie na ostatni gwizdek wpadam i kobicie w wozie rzucam kasetę. Ustaw na Lambadę i tylko spróbuj puścić Poloneza. Dodam tylko, że do wozu dotarłem ledwo ledwo, ludzi takie mrowie, taki ścisk, że tylko próbuję docisnąć się od kolumny, bo wiem, że tam ‘nasi’. Precyzyjnie poustawiane kamery, po prostu w tym tłumie utonęły. Precyzyjnie ustawiane choinki wyleciały jak z procy noszone przez ludzi, rozbierane, podrzucane, śladu po nich. Przed nami czyli przede mną i przed Alicją Resich - Modlińską operator przesuwany z tłumem jak na statku w sztormie. Cały Plac Zamkowy huczy wystrzałami otwieranych szampanów. Radość ogromna, tłum ogromny, patrzymy na zegarki: za moment wchodzimy na antenę. Próbujemy witać, opanować sytuację, rozmawiać z naszymi gośćmi. Sens wysięgnika urasta do gigantycznych rozmiarów. Po prostu ta kamera wysoka nad głowami omiata wszystko, a obraz dzięki Dwójce leci w telewizorach wielu Polaków. I zaczynamy odliczanie, a potem jebudu nad Wisłą sztuczne ognie poszły w ruch. Dookoła trzask zbijanych butelek – no i będzie ten wypowiadany bałagan, siły nie ma, ale wszystko z ogromnym pierwiastkiem szczęścia i ’wesołego klubu szampana’. Lambada w tłumie z trudem przebija się w pierwszych rzędach, za to w telewizji z kaseciaka Oli poszło jak z płatka. To była super imprezka, która oczywiście zebrała swoje żniwo następnego dnia w gazetach na temat bałaganu, ilości butelek itd. Ale w sposób już nie zatrzymywany przez nikogo zbudowało niesamowitą i piękną tradycję bawienia się na placach miast i miasteczek jak to też czynimy podczas Finału.

 

I jeszcze jedno wspomnienie, kiedy przed Sylwestrem wszystko było dogadane, pieniądze wpłacone do firmy Waltera Chełstowskiego, dogadaliśmy z firmą, jeżeli dobrze pamiętam Krywałt z Katowic pokaz sztucznych ogni. Wszystko zamówione, cena ustalona – oczywiście te miliony przed denominacja i nagle faks czy telefon do nich – od jutra cena ogni wzrasta o 100%. Jeżeli państwo chcecie skorzystać z tej oferty, jest ona jeszcze aktualna, prosimy o wpłatę pieniędzy dzisiaj. Tak wtedy było – ceny w rodzącym się systemie wolnorynkowym potrafiły kształtować się z chwili na chwilę. Nie czekając pomknąłem z gotówką w ręku na pocztę główną w Warszawie, aby te pieniądze wpłacić. Z jakichś powodów było to grubo po południu. Poczta Główna w tamtych czasach zawsze była siedliskiem kolejek ogromnych, ponieważ ludzie oszczędzając na różnych opłatach, których w tym miejscu nie pobierano regulowali także swoje różne należności w takim miejscu jak Poczta Główna. Jak wszedłem zbaraniałem. W tamtych czasach kolejka to była rzecz normalna. Byliśmy do nich przyzwyczajeni i nie narzekaliśmy, ale ta kolejka, w tym momencie mogła skutkować kilkoma milionami w plecy. Przez chwilę stałem w niej, a potem zrobiłem coś, co wymagało odwagi, ale pokonałem wszystkie opory i głośno zdecydowanie i stanowczo zwróciłem się do klientów.: proszę państwa, organizujemy karnawał na Placu Zamkowym z pokazem sztucznych ogni, na pewno o tym już słyszeliście. Tu mam faks od firmy, u której zamówiliśmy te ognie. Jutro wszystko dorożeje o 100%. Jak zapłacę dzisiaj, teraz, będzie karnawał. Czy wpuścicie mnie bez kolejki? Nie powiem, żeby wszyscy ryknęli z radością, że tak. Ja nie czekałem na ogólny aplauz, tylko powiedziałem dziękuję i stanąłem przy okienku chyba na bezczelnego, a pani przyjęła moją wpłatę. Jak po dzień dzisiejszy ktoś do mnie pisze zatroskany swym stanem jąkania się: co zrobić, aby pokonać tę przypadłość, to myślę sobie, że powinien zaleźć się w takiej samej sytuacji, w której ja znalazłem się wtedy na Poczcie Głównej. 

 

Przeczytaj pozostałe opowieści z cyklu Muzyka Podwyższonego Ryzyka 

 

Tutaj znajdziesz najnowsze winyle zarejestrowane podczas Przystanku Woodstock  

 

 

fot. Igor Kohutnicki, sztuczne ognie w czasie 25. Finału WOŚP

POKAŻ PODOBNE
ZOBACZ TEŻ