Muzyka Podwyższonego Ryzyka

Muzyka Podwyższonego Ryzyka - Zakazane Piosenki

2017-05-22 12:15:09

 

Jest lato 1981 roku. Mieszkam  na osiedlu na Gocławiu, a w zasadzie wynajmujemy tam z Dzidzią i naszą małą Olą mieszkanie. Polska jest rozkołysana ideą Solidarności na maksa. Wszyscy tym żyjemy, wszyscy się tym nakręcamy. Czujemy w tym przeogromną moc nas samych, którzy mają szansę przygotować się do nowego, zupełnie niespotykanego dla nas życia. Jak z popiołów zaczyna funkcjonować muzyka, której w oficjalnym obiegu kompletnie nie było. Zaczyna rozbrzmiewać coraz bardziej odważnie w radiu publicznym, i okazuje się, że przeróżni artyści i ich pieśni, mają milionowe rzesze odbiorców.

 

Na tej fali postanowiono zorganizować w gdańskiej hali Olivia Przegląd Piosenki Prawdziwej „Zakazane Piosenki”.

 

Oddźwięk ogromny, nawet ja doskonale wiedziałem o tym w Warszawie, bo po prostu wszyscy o tym mówili. Jakie było moje zdziwienie, kiedy dostałem telegram od Jacka Kleyffa, który prosił o kontakt. Ludzie, myśmy się tak wtedy porozumiewali – nie było innej możliwości. Jacek Kleyff był członkiem Kabaretu Sceny Niezależnej, mega popularnego, inteligentnie śmiesznego kabaretu, który wciągał nas publiczność w abstrakcyjny świat nie polityki. Jacek wiedział, że z przyjaciółmi bawiłem się w teatr studencki. Byliśmy umieszczeni w warszawskiej ‘dziekance‘ przy absolutnych królach teatralnych tamtego czasu, Akademii Ruchu . Jacek pamiętał mnie także z występów w studenckim teatrze SAB (Studio Artystyczno Badawcze), ze spektaklu „Bajki dla dzieci i dorosłych”. Wiedział, że potrafimy narobić szumu, głośno krzyczeć i zrobić pozytywną zadymę, która zwróci uwagę. Jacek w spontanicznym myśleniu wykombinował, że moja osoba może mu pomóc w takim nakręcaniu dobrej atmosfery.



Koncert organizowano naprawdę z ogromnym przytupem. Reżyserował go Maciej Zembaty, także wtedy mega popularny satyryk – pamiętacie z radiowej Trójki rodzinę Poszeprzyńskich? On to pisał, a także odtwarzał rolę upiornego syna i wnuczka. W koncercie brali udział wszyscy Ci, którzy oddawali swoimi mądrymi słowami i dobrymi kompozycjami, a także wszelkimi śmiesznostkami, charakter tamtych czasów.

 

 


Był Jacek Fedorowicz, była Krystyna Janda, która jak zaśpiewała balladę „Janek Wiśniewski Padł”, to aż  przeszły ciary po plecach jak 220 volt. Był Jacek Kaczmarski, a także Andrzej Rosiewicz, Marek Grechuta, Jonasz Kofta, Daniel Olbrychski i oczywiście Jacek Kleyff.  Festiwal trwał dwa, a może trzy dni. Zafundowano nam przelot samolotem z Warszawy do Gdańska, który moja starsza córka Ola z wrażenia przespała. W Olivii, oprócz witającego się z każdym artystą Maćka Zembatego, czekała na nas kabina, która pstrykała foty do identyfikatora. Zrobiło to na mnie wtedy ogromne wrażenie. Po mnie fotografował się Daniel Olbrychski. Scenografię robił Andrzej Czeczot, genialny polski grafik  potrafiący tworzyć niezwykłe rysunkowe żarty.

 

 Fot.: archiwum prywatne Jerzego Owsiaka, 1981. 

 

Na scenie portrety polskich partyjnych notabli w jego stylu. W oczekiwaniu na koncert mówiło się cały czas o dwóch sprawach. Pierwsza - czy na koncert przyjedzie osobiście Lech Wałęsa. Wydaje mi się, że był, a pamiątką po tym jest książka, którą o Solidarności dostał każdy. Niestety z autografem odbitym na ksero. Druga historia to niesiona słowem legenda, w której jednak było dużo prawdy - przypuszczenie, że na tym koncercie zagrają Rolling Stonesi. Podobno dostali zaproszenie, podobno chcieli bardzo przyjechać, podobno sam Lechu o to bardzo walczył, ale na końcu nikt nie zechciał ubezpieczyć ich sprzętu, czyli całego przelotu, i sprawa się rozlazła po kościach. Naprawdę, co chwilę ktoś dorzucał super wieści w tej sprawie.



Moja rola w koncercie zakończyła się na skandowaniu i zachęcaniu do słuchania występów Jacka, którego grającego na gitarze pudłowej ścigałem po kuluarach na wózku fabrycznym zaopatrzonym w dyszel. I tak jeździliśmy, w tę i nazad. Hala była nabita ludźmi, czuło się, że są to prawdziwi robotnicy z zakładów pracy. Czuło się ich moc, a wtedy do tego dochodziło jeszcze wielkie bohaterstwo. W pewnym momencie pomyślałem sobie, czy kumają wszystko to, co się na scenie dzieje. Bo na tle tworzonej przez wiele lat tak zwanej masowej rozrywki PRL-u spotkali się z czymś kompletnie, ale to kompletnie innym.

 

Wracałem wtedy do Warszawy niezwykle podkręcony tym zdarzeniem i chociaż byłem w tym mikroskopijną cząsteczką, to nawet w najśmielszych marzeniach nie myślałem, że stanie się to także jednym z elementów mojego życia. To był chyba jedyny taki festiwal, który mając szczęście, że odbył się tylko raz, zachował w sobie 100% dziewiczości i prawdy. Tak to przynajmniej pamiętam.

 Jurek Owsiak 

 

Przeczytaj pozostałe opowieści z cyklu Muzyka Podwyższonego Ryzyka 

 

 

 

Fot.: archiwum prywatne Jerzego Owsiaka, Studio Artystyczno Badawcze, 1975. 

 

POKAŻ PODOBNE
ZOBACZ TEŻ